O mnie, skromnie

Kiedyś lubiłem dużo mówić, o sobie samym również. Teraz już trochę mniej, ale rozmawianie jest ekscytujące, od słów, przez gesty i mimikę, aż do przyjemnego mrowienia, bardzo brzydko, jednak oficjalnie i naukowo nazywanego asmr.

Szczególnie lubię mówić do znajomych, bowiem mniej więcej znam ich podejście i intencje. Jednym mówi się więcej, innym mniej, innych trzeba więcej słuchać, bo oni słuchać nie potrafią, i tak dalej.

Dzisiaj nie wiem z kim rozmawiam. Piszę to do Ciebie, kimkolwiek jesteś, nieznajomy czytelniku.

Być może ktoś powie, że pisanie o sobie w sieci jest niemądre, ale bądźmy szczerzy – żyjemy w czasach, w których każdy może dowiedzieć się o nas wszystkiego, wystarczy krótki stalking w jednej lub dwóch aplikacjach. W takiej sytuacji lepiej już sprzedać informację z pierwszej ręki, bo nie wiadomo co aplikacje, lub właściciele rąk trzecich by o mnie powiedzieli.

Urodziłem się 29 marca 1996 r. w Szpitalu przy ul. Karowej w Warszawie. Mama rodziła, ja pewnie płakałem, a tata podobno opijał mnie na Pradze, w hurtowni z mięsem na bazarze przy ul. Namysłowskiej.

Wiecie co, to jednak byłaby bardzo długa opowieść. Może kiedyś, może na żywo na schodkach nad Wisłą, a może z piwem na plaży. Znajdziemy się.

Z konkretów, trochę w życiu pomigrowałem. Na początku w Warszawie, z Grochowa, przez Pragę do Międzylesia, z cyklicznymi wizytami u babci, cioci i w chińczyku May May na Przyczółku Grochowskim. Później szybka przeprowadzka do Otwocka, a tak naprawdę Karczewa, a tak naprawdę na granicę jednego i drugiego, z którą nikt się nie utożsamiał – dla Karczew byłem z Otwocka, dla Otwocka tym z Karczewa, jednocześnie będąc sam z kilkoma kumplami, którzy szybko o owej przyjaźni zapomnieli. Ostatnio widziałem jednego w tramwaju, ale uciekł wzrokiem.

Podstawówka, gimnazjum i liceum to piękne czasy z kilkoma długimi, lecz płytkimi zadrapaniami. Masa wspomnień, mnóstwo emocji i niemały niedosyt, jednak z perspektywy czasu wiem, że ta przeszłość jest solidnym projektem przyszłości, która następuję. Rozumiesz? Ja też tylko trochę, ale wierzę w to całym sobą.

Przyjaciele, pozostałość rodziny, ucieczka od trudnych pytań. Cwaniactwo, książki i koszykówka. Płacz, brązowy labrador i czerwone Seicento. Praca jako dziennikarz, sprzedawca gazet, barman, dyplomata, organizator szkoleń, promotor klubów w Madrycie, przewodnik wycieczek do Afryki. Praca w korporacji, na magazynie z Ukraińcami, w centrum Hiszpanii. Przyjaciele z Otwocka i Świdra, chłopaki z kosza, koledzy z uczelni, rodzina znad morza. Dziewczyna z opus dei, dziewczyny z Instagrama, dziewczyna z moich marzeń. Bójki z narodowcami na Nowym Świecie, pielgrzymka z mamą i nocne zszywanie rozciętego łuku w Zakopanem. Zdrady i zdradzanie. Przypadkowe mieszkania, poranne powroty, przespane przystanki. Spanie na plaży, tańczenie w Luzztrach i pokój w Hiltonie. Białe koszule, brązowe pantofle, klapki i czapka Miami Heat. Stephen King, Mario Puzo i Szczepan Twardoch, którego widziałem przez szybę nad Wisłą. Stary Eminem, Travis Scott i De Mono. Zachody słońca w Chefchaouen, na promie na Bałtyku i za biurowym oknem.

Warszawa, Jantar, Madryt.

Szczęście i błędy. Chichoty losu.

Łukasz Andrzej Biernacki. Resztę opowiem Ci na żywo.